Szukaj na tym blogu

piątek, 28 marca 2014

Zbawia nas Pan Jezus czy zachowywanie przykazań?

Ten wpis jest komentarzem informacji o niedawnym kazaniu Ojca św. Franciszka. Na Frondzie nadano jej tytuł: „Nie zbawi nas przestrzeganie przykazań” ( http://www.fronda.pl/a/nie-zbawi-nas-przestrzeganie-przykazan,35773.html  ). Tekst stał się powodem ożywionej dyskusji, w której pojawiły się mocne komentarze popierające Ojca św., i jeszcze mocniejsze przeciwko jego wypowiedzi i samej jego osobie. Wszystko, oczywiście, w imię wierności Ewangelii i ortodoksyjnej nauce Kościoła.

Od razu chcę powiedzieć, że zgadzam się z Ojcem św. Franciszkiem. To Jezus jest naszym Zbawicielem. Czy to znaczy, że zachowanie przykazań nie ma znaczenia? Nie, tego nie chcę powiedzieć, ani nie uważam, że takie przesłanie miało kazanie papieskie. Naszym obowiązkiem jest zachowywanie przykazań i „bycie grzecznym”, ale ani jedno, ani drugie nie zbawia nas; to Jezus jest naszym Zbawcą. W tytule wspomnianej informacji wyrażony jest priorytet łaski i podkreślenie Bożej inicjatywy oraz Jego woli zbawienia człowieka, nie zaś fakt, że Pan Bóg zbawia nas bez nas. Pan Bóg oczekuje na naszą odpowiedź. Mówi o tym Doktor łaski:
 
„Bóg uczynił cię bez ciebie. Bo przecież nie wyraziłeś przyzwolenia Bogu, który cię stworzył. Jak mogłeś to uczynić, skoro nie istniałeś wtedy? Tak więc uczynił cię bez ciebie, jednak nie usprawiedliwi cię bez ciebie. Uczynił się bez twojej wiedzy, jednak nie usprawiedliwi cię bez twojej ochotnej zgody”. (św. Augustyn, „Sermo” 169).

To Pan Bóg jest naszym Zbawcą, ale On nie zbawia nas bez nas. Ze zbawieniem jest jak z miłością: „W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy”(1 J 4, 10 BT). Jednak Pan Bóg, który umiłował nas pierwszy, pragnie, abyśmy na tę Jego miłość odpowiedzieli. A tą odpowiedzią nie jest nic innego, jak właśnie …zachowywanie przykazań: „Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania” (J 14, 15 BT). 

Zestawienie tych cytatów ukazuje analogię: zbawienie – miłość. To Pan Bóg jest Zbawcą, ale nie zbawia nas bez nas; to On pierwszy nas umiłował, ale pragnie naszej odpowiedzi. Pan Bóg kocha nas nie dlatego, że się nam przyglądnął i zobaczył coś godnego miłości, czyli nie dlatego, że na Jego miłość w jakiś sposób zasłużyliśmy czy zasługujemy, ale tylko i wyłącznie dlatego, że On jest miłością.

Z miłością Boga jest inaczej, dokładnie odwrotnie, niż z miłością u ludzi. My kochamy coś, co poznaliśmy jako pociągające; Pan Bóg kocha, a Jego miłość stwarza i swoje dzieła czyni godnym miłości. Ta Jego miłość stała się powodem, że w ogóle istniejemy. Z miłości wyposażył nas różnorakimi darami, w tym także zdolnością dania wolnej odpowiedzi na Jego miłość. Przyjmując Jego miłość nie możemy powiedzieć, że staliśmy się jej sprawcą. Podobnie ze zbawieniem, bo zbawienie nie jest niczym innym, jak właśnie przyjęciem Bożej miłości: możemy je co najwyżej przyjąć, ale nie „wyprodukować”. Czy przyjmując Boże zbawienie, możemy powiedzieć, że staliśmy się jego sprawcą? Jeśli tak, to tylko przez analogię, aby podkreślić potrzebę naszego udziału. I taką analogią posługuje się np. Apostoł Narodów, kiedy pisze w Pierwszym Liście do Koryntian:

„A skądże zresztą możesz wiedzieć, żono, że zbawisz twego męża? Albo czy jesteś pewien, mężu, że zbawisz twoją żonę?” (1 Kor 7, 16 BTP).

Św. Paweł pisze tu o sytuacji, kiedy wierząca żona ma niewierzącego męża, albo wierzący mąż ma niewierzącą żoną. Według Apostoła wierząca strona przyczynia się do zbawienia niewierzącego współmałżonka. Przez analogię można nazwać owego wierzącego współmałżonka „zbawcą” drugiej połowy. Jeśli ktoś może przyczynić się do zbawienia drugiej osoby, to tym do własnego. Dlatego można podsumować, że zbawienie jakiegoś człowieka zależy w 100 % od Pana Boga i w 100 % od niego samego (tego danego człowieka).

A jednak, nawet jeśli ktoś uczynił wszystko, co tylko możliwe, dla swojego zbawienia, powinien nie sobie, ale właśnie Panu Bogu przypisać wszelkie swoje zasługi. Bo to On sprawia w nas i chcenie i działanie zgodnie z Jego wolą (por. Flp 2, 13). A my ze swojej strony, w najlepszym wypadku, jesteśmy tymi, którzy przyjmują Jego natchnienia i dobrze wykorzystują Jego dary i wszelkie dane nam talenty. I dlatego, nawet w przypadku, kiedy wypełniamy wszystko zgodnie z Jego wolą, powinniśmy mówić, jak owi słudzy: „Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać” (Łk 17, 10 BT). Bo inaczej ten, grozi nam niebezpieczeństwo, że staniemy się „złodziejami” przypisując sobie coś, co należy się samemu Panu. To parafraza myśli św. Franciszka z Asyżu, który na innym miejscu pisze:

„Ten bowiem jada z drzewa poznania dobra, kto przywłaszcza sobie swoją wolę i wynosi się z dobra, jakie Pan mówi i działa w nim. I tak z podszeptu szatana i z powodu przekroczenia przykazania stało się to owocem poznania zła. A za to trzeba ponieść karę”. (Św. Franciszek, Upomnienie nr. 2)

To Pan Bóg mówi i działa przez swoich świętych. Dlatego to Jemu należy się dziękczynienie i chwała, a przypisywanie sobie dobra czynionego za naszym pośrednictwem przez Pana i wynoszenie się z tego powodu, psuje dobro i staje się przyczyną zła zasługującego na karę.

Czy zbawia nas zachowywanie przykazań? Nie, to Boża miłość nas zbawia, a my jej nie sprawiamy. Możemy co najwyżej ją przyjąć. Zachowując przykazania.

niedziela, 16 lutego 2014

Akt oddania się Bogu (przeciw niepokojom i zmartwieniom)



„Dlaczego zamartwiacie się i niepokoicie? Zostawcie Mi troskę o wasze sprawy, a wszystko się uspokoi. Zaprawdę powiadam wam, że każdy akt prawdziwego, ślepego i całkowitego oddania się Mnie rozwiązuje trudne sytuacje. Oddanie się Mnie nie oznacza zadręczania się, wzburzenia, rozpaczania, a później kierowania do Mnie modlitwy pełnej niepokoju, abym podążał za wami. Oddanie się oznacza zamianę niepokoju na modlitwę. Oddanie się oznacza spokojne zamknięcie oczu duszy, odwrócenie myśli od udręki i poddanie się Mnie, bo tyko dzięki Mnie poczujecie się jak dziecko uśpione w objęciach matki, gdy pozwolicie, abym mógł przenieść was na drugi brzeg.

To, co wami wstrząsa, co was boli bezgranicznie, to wasze wątpliwości, wasze przemyślenia, wasze niepokoje i chęć przedsięwzięcia odpowiednich kroków za wszelką cenę, aby zapobiec temu, co was trapi. 

Czegóż nie dokonuję, gdy dusza, tak w potrzebach duchowych jak i materialnych, zwraca się do Mnie, patrzy na Mnie mówiąc: ‘TROSZCZ Się TY’, zamyka oczy i uspokaja się! Dostajecie niewiele łask, kiedy się męczycie i dręczycie, aby je otrzymać; otrzymujecie ich bardzo dużo, kiedy modlitwa jest pełnym oddaniem się Mnie. W cierpieniu prosicie, żebym je oddalił od was, ale w taki sposób, jaki wy sobie życzycie…

Zwracacie się do Mnie, ale chcecie, bym to Ja dostosował się do waszych planów. Nie bądźcie jak chorzy, którzy proszą lekarza o kurację, ale sami mu ją podpowiadają.

Nie postępujcie tak, lecz módlcie się, jak was nauczyłem w modlitwie ‘Ojcze nasz’: ‘Święć się imię Twoje’, to znaczy bądź uwielbiony w tej mojej potrzebie; ‘Przyjdź Królestwo Twoje’, to znaczy niech wszystko przyczynia się do chwały Królestwa Twojego w nas i na świecie; ‘Bądź wola Twoja’, to znaczy Ty decyduj. Ja wkroczę z całą Moją wszechmocą i rozwiążę najtrudniejsze sytuacje. Czy widzisz, że nieszczęścia następują jedne po drugich, że sytuacja wciąż się pogarsza, zamiast się poprawiać? Nie przejmuj się, zamknij oczy i powiedz Mi z ufnością: ‘Bądź wola Twoja, troszcz się Ty’. Powiadam ci, że zatroszczę się, że zainterweniuję jak lekarz, a nawet uczynię cud, jeśli zajdzie taka potrzeba. Dostrzegasz, że stan chorego się pogarsza? Nie przerażaj się, ale zamknij oczy i powiedz: ‘Troszcz się Ty’. Zapewniam się, że się zatroszczę. (…)

Oddajcie się Mnie, uwierzcie w Moją dobroć, a przysięgam wam na Moją Miłość, że kiedy szczerze mówicie: ‘Troszcz się Ty’, Ja w pełni zatroszczę się, pocieszę was, wyzwolę i poprowadzę. A gdy zmuszony jestem poprowadzić was drogą odmienną od tej, jaką widzielibyście dla siebie, wówczas pouczam was, noszę w moich ramionach, bo nie istnieje skuteczniejsze lekarstwo nad interwencję Mojej Miłości. Jednak troszczę się tylko wtedy, gdy zamkniecie oczy.

Cierpicie na bezsenność, wszystko chcecie oceniać, wszystkiego dociekać, o wszystkim myśleć i w ten sposób zawierzacie siłom ludzkim… (…) A to właśnie stoi na przeszkodzie Moim słowom i Moim zamiarom. O jak bardzo pragnę tego waszego całkowitego oddania się Mnie, abym mógł was obdarować i jakże smucę się widząc, że jesteście niespokojni!

Szatan do tego właśnie zmierza: aby was podburzyć, by oddzielić was ode Mnie i od Mojego działania i rzucić na pastwę ludzkich poczynań. Przeto ufajcie tylko Mnie, spocznijcie we Mnie, oddajcie Mi się we wszystkim. Czynię cuda proporcjonalnie do waszego pełnego oddania się Mnie, a nie do waszego zaufania w was samych. Wylewam na was skarby łask, kiedy znajdujecie się w całkowitym ubóstwie!

Jeżeli macie swoje zasoby, nawet niewielkie lub stracie się je posiąść, pozostajecie w naturalnym obszarze, a zatem podążacie za naturalnym biegiem rzeczy, który jest często utrudniany przez szatana. Żaden człowiek rozumujący i rozważający tylko według logiki ludzkiej nie czynił cudów, nawet spośród Świętych.

Na sposób Boski działa ten, kto odda się Bogu. Kiedy widzisz, że sprawy się komplikują, powiedz z zamkniętymi oczami duszy: ‘Jezu, troszcz się Ty!’. I odwróć swoją uwagę w inną stronę, bo dociekliwość twojego umysłu utrudnia ci dostrzeżenie zła. Zawierzaj Mi często nie skupiając uwagi na samym sobie. Czyńcie tak wszyscy, w zobaczycie wielkie, nieustanne i ciche cuda. To wam zaprzysięgam na Moją miłość. Zapewniam was, że Ja się zatroszczę.

Módlcie się zawsze z tą gotowością do oddania się Mnie, a zawsze będziecie odczuwać wielki spokój ducha i osiągać znaczne korzyści, również wtedy, gdy udzielam wam łaski ofiary, zadośćuczynienia i miłości, która nakłada na was cierpienie. Wydaje to ci się niemożliwe? A zatem zamknij oczy i powiedz całą swoją duszą: ‘Jezu, troszcz się Ty!’. Nie lękaj się, ja się zatroszczę.

A ty błogosławić będziesz Imię Moje, nie dbając o siebie samego. Twoje modlitwy nie mają takiej wagi, jak ten akt pełnego ufności oddania się Mnie; zapamiętaj to sobie dobrze. Nie ma skuteczniejszej Nowenny od tej: ‘Jezu, oddaję się Tobie, troszcz się Ty’.

‘Oddaj się Mojemu Sercu… a zobaczysz’.
Chcę, żebyś wierzył w Moją wszechmoc, a nie w twoje poczynania, żebyś pozwolił działać Mnie, a nie innym. Szukaj Mojej bliskości, spełnij Moje pragnienie posiadania cię, wzbogacenia i kochania tak, jak tego chcę. Zapomnij się, pozwól, abym spoczął w tobie, pozwól, aby Moja wszechmoc nieustannie znajdowała w tobie ujście.

Jeśli pozostaniesz blisko Mnie, nie będziesz się martwił, że działasz samodzielnie, że żyjesz w ciągłym pośpiechu po to, żeby ci się udało, żeby stwierdzić, że coś zrobiłeś, udowodnisz Mi, iż uwierzysz, że jestem wszechmogący, a Ja intensywnie będę procować z tobą: kiedy będziesz mówił, chodził, pracował, modlił się lub spał, bo ‘Moim umiłowanym dam to, czego potrzebują, nawet podczas snu’ (por. Ps 127, 2). Jeśli będziesz ze Mną i nie będziesz się chciał śpieszyć, ani nie będziesz się martwił o nic dla siebie, a zwrócisz się do Mnie z bezgranicznym zaufaniem, dam ci wszystko, czego będziesz potrzebował, zgodnie z Moim zamysłem wiecznym. Dam ci uczucia, których wymagam od ciebie, dam ci ogromne współczucie dla bliźniego i spowoduję, że będziesz mówił i czynił to, co Ja będę chciał. Wówczas twoje działanie pochodzić będzie z Mojej Miłości. Tylko Ja, a nie ty wraz ze wszystkimi twoim poczynaniami, stworzę nowe dzieci, które zrodzą się ze Mnie. Stworzę ich tym więcej, im bardziej będziesz chciał stać się moim prawdziwym synem, jak Mój Jednorodzony. Albowiem wiesz, że ‘jeśli wypełnisz Moją wolę, będziesz Mi bratem, siostrą i matką’, pozwalając Mi, abym zrodził się w innych, bo Ja stworzę nowe dzieci, posługując się prawdziwymi dziećmi. Twoje poczynania dążące do osiągnięcia celu to tylko pozory w stosunku do tego, czego Ja dokonuję w tajemnicy serc tych, którzy kochają. ‘Trwajcie w Miłości Mojej… Jeśli trwać będziecie we Mnie i trwać będą w was Moje Słowa, proście o cokolwiek byście chcieli, a będzie wam dane’ (por. J 15, 7)”. (Z „Nazwałem się Dolindo, to znaczy boleść”. Autobiografia ks. Dolindo Ruotolo (1882-1970), tercjarza franciszkańskiego)

sobota, 8 lutego 2014

Jezus kapłanem na wzór Melchizedeka. Co to znaczy?

Pod ostatnim moim wpisem: „Scott Hahn o ofiarowaniu Pana Jezusa” na portalu Areopag.pl ( http://www.areopag21.pl/okruchy-biblijne/artykul_4322_scott-hahn-o-ofiarowaniu-pana-jezusa-w-swiatyni.html ) wywiązała się dyskusja na temat kapłaństwa Jezusa. Mój adwersarz, prawdopodobnie protestant, o nicku „Rabarbar”, zrozumiał powyższy cytat z książki Scotta Hahna jako wypowiedź na temat istoty kapłaństwa Jezusa; inaczej mówiąc, odniósł on wrażenie, że przesłanie tego tekstu jest takie: Jezus, podobnie jak Samuel, jest kapłanem, ponieważ analogicznie do tamtego nie został wykupiony. Jeśli tak, rozumował dalej, to owa paralela czyniłaby go co najwyżej kapłanem lewickim – na wzór Aarona, tymczasem Jezus jest kapłanem na wzór Melchizedeka. I tu odwołał się do Hbr 6, 19 – 7, 28. Trudno odmówić logiczności tego wywodu. Jednak w tamtym wpisie nie było moim zamiarem wypowiadać się na temat istoty kapłaństwa Pana, a jedynie na temat interesującej interpretacji amerykańskiego uczonego biblijnej sceny ofiarowania Pana Jezusa w świątyni. Temu zagadnieniu jest poświęcona obecna notka. Co to znaczy, że Jezus jest kapłanem na wzór Melchizedeka? Ale najpierw trzeba odpowiedzieć na pytanie: Kim jest ów Melchizedek? W Liście do Hebrajczyków czytamy:

„Ten to Melchizedek, król Szalemu, kapłan Boga Najwyższego, wyszedł na spotkanie Abrahama, wracającego po rozgromieniu królów, i udzielił mu błogosławieństwa”. (7, 1 BT)

Przypis do Hbr 7, 1nn w Biblii Tysiąclecia odsyła do Rdz 14, 18. Poniżej ten werset razem z następnym:

„Melchizedek zaś, król Szalemu, wyniósł chleb i wino; a [ponieważ] był on kapłanem Boga Najwyższego, błogosławił Abrama, mówiąc: ‘Niech będzie błogosławiony Abram przez Boga Najwyższego, Stwórcę nieba i ziemi!’” (Rdz 14:18-19 BT).

W przypisie do wersetu osiemnastego jest napisane: „Tajemniczy ten pogański król Szalemu, zapewne późniejszej Jerozolimy, i w jednej osobie kapłan Boga prawdziwego, jest typem Chrystusa w mesjańskim Ps 110, 4 i w Hbr 7, 1-21”.

Kim jest ów tajemniczy król Szalemu i kapłan Boga?

W protestanckim słowniku biblijnym "The Anchor Yale Bible Dictionary" możemy znaleźć takie informacje:
„W niektórych tradycjach Sem był identyfikowany z Melchizedekiem, królem Szalemu, ‘kapłanem Boga Najwyższego’, który mieszkał w Szalem/Jerozolimie i spotkał Abrahama po jego zwycięstwie odniesionym nad czterema królami (Rdz 14, 18-20). Abraham bał się, że Sem/Melchizedek zechce go przekląć za zamordowanie innych jego potomków, Elamitów. Aby pokazać Abrahamowi, że nie gniewa się na niego, Sem/Melchizedek wyszedł, aby się z nim spotkać (Gen. Rab. 44:8; Tanḥuma Lech Lecha 19). W niektórych przekazach jest on wywyższony ponad Sema. I tak, według niektórych nauczycieli, to właśnie Sem/Melchizedek dał dziesięcinę Abrahamowi, a nie odwrotnie. Ponadto, Jerozolima, miasto, w którym stała świątynia, swoją nazwę bierze z połączenia nazwy ‘Szalem’, danej przez Sema i ‘yirʾeh’ (Rdz 22, 14), nazwy danej przez Abrahama. Ostatecznie Sem utracił swoje kapłaństwo, ponieważ podczas spotykania z Abrahamem wypowiedział najpierw błogosławieństwo nad Abrahamem, a dopiero później błogosławił Bożemu imieniu (B. Ned. 32b; Pirqe R. el. 27). Jednakże według innych przekazów, Sem wiedząc, że nie ma innych godnych potomków, prosił Boga o łaskę, aby przekazał urząd kapłański Abrahamowi. Podczas pogrzebu Abrahama, Sem wraz ze swoim praprawnukiem Eberem szli przed jego trumną i wybrali odpowiednie miejsce na pochówek (Gen. Rab. 62:6; por. Yal. Gen 110)”. (Isaac, E. (1992). Shem (Person). In (D. N. Freedman, Ed.) “The Anchor Yale Bible Dictionary”. New York: Doubleday.)
Zaś Scott Hahn w komentarzu do Listu do Hebrajczyków napisał:
„W starożytnej tradycji żydów i chrześcijan kapłan-król Melchizedek jest często identyfikowany z Semem. Ślad tego przekazu prowadzi do Palestyny, gdzie po raz pierwszy Stary Testament został przetłumaczony na aramejski, prawdopodobnie jeszcze w czasach przedchrześcijańskich w targumie Neofity i innych fragmentarycznych targumach. ‘Targum’ nie jest dosłownym tłumaczeniem, ale aramejską parafrazą hebrajskiego tekstu biblijnego. Jako takie, targumy nie zawierają precyzyjnego tłumaczenia Pisma, ale tłumaczenie, które odzwierciedla przyjęte w środowisku tłumacza obiegowe założenia i zawiera glosy wyjaśniające, których nie ma w tekście oryginalnym. Dzięki tym cechom targumy są bardzo cennym narzędziem pokazującym, jak żydzi tego okresu rozumieli Pisma. Godnym odnotowania jest fakt, że przedchrześcijańskie targumy często odzwierciedlają rozpowszechnioną tradycję, że Melchizedek i ‘wielki Sem’ to jedna i ta sama osoba”. (Hahn, S., & Shea, M. (2011). “The Book of Hebrews” (p. 76). Charlotte, NC: Catholic Scripture Study International.)

Inny z dyskutantów, o nicku „ryba”, prawdopodobnie również protestant, wyraził zdanie, że owszem była taka tradycja utożsamiająca Melchizedeka z Semem, ale była jedną z wielu tradycji. Na potwierdzenie przytoczył cytat z wikipedii:

„Szczególne znaczenie postać Melchizedeka miała dla misyjnie nastawionych autorów diaspory żydowskiej w Aleksandrii, którym zależało na łatwiejszym pozyskiwaniu prozelitów bez konieczności wymagania od nich obrzezania. Melchizedek uosabiał dla nich postać wyznającą monoteizm w czasach jeszcze przed Abrahamem, albo wręcz, jak Henoch, poza narodowością żydowską. Był stawiany na równi z Eliaszem, Mesjaszem synem Józefa (tzn. Jezusem) oraz Mesjaszem synem Dawida (por. Psalmu 104,2). Natomiast rabini należący do późniejszych pokoleń nastawieni antagonistycznie do judaizmu aleksandryjskiego, raczej widzieli w Melchizedeku Sema, przodka Abrahama. Tak właśnie widziała go judaistyczna literatura mądrościowa (hebr. hazal) okresu od Drugiej Świątyni aż do VI w. po Chr., szczególnie w targumach: Jonatana, Pseudo-Jonatana (Jeruszalmi I), oraz w Talmudzie babilońskim imię Melchi-sedek (hebr. מלכי־צדק) rozumiane było jako przydomek syna Noego Sema.
(...)
Józef Flawiusz (37 – ok. 100 po Chr.) pisał o Melchizedeku w Wojnie Żydowskiej 6, 438 oraz w Dawnych dziejach Izraela 1,189n. Uznaje go jako postać historyczną, także samo uprowadzenie Lota, które przypisuje dynastii Kananejczyków. Opisuje go jako założyciela i pierwszego kapłana miasta Jerozolimy, które zawdzięcza mu swą nazwę: Ιεροσόλυμα = ιεροι (ieroi) oraz Σαλήμ (Salim). Wywodzi cechy jego osobowości z imienia. Nazywa go "królem sprawiedliwym". Jego interpretacja ma jednak charakter racjonalistyczny i moralny, dlatego podobnie jak egzegeza rabinistyczna, odmiennie od opisu w Księdze Rodzaju 14, wysuwa na plan pierwszy Abrahama i jego cnoty”.


Moim zdaniem, chociaż brzmi to paradoksalnie, to jednak „ryba” pewnie wbrew swoim intencjom potwierdził wcześniej cytowaną opinię Scotta Hahna. To prawda, że judaizm był bardzo zróżnicowany i dlatego współistniały w nim różne, czasem nawet przeciwstawne czy wręcz sprzeczne tradycje. Jednak począwszy od publicznej działalności Jezusa, judaizm zwłaszcza w Judei coraz bardziej stawał się monolitem, w którym zwyciężały trendy antagonistyczne do judaizmu aleksandryjskiego. A to właśnie ten nurt był nośnikiem w/w tradycji. Ponieważ List do Hebrajczyków był adresowany właśnie do chrześcijan pochodzenia żydowskiego, najprawdopodobniej przede wszystkim do tych zamieszkałych na terenie Judei, można wnioskować, że natchniony autor zakładał u czytelników znajomość tradycji utożsamiającej Melchizedeka z Semem.

Ale najpierw trzeba odpowiedzieć na pytanie: Jakie ma znaczenie, czy Melchizedek jest tożsamy z Semem? Odpowiedź na to pytanie jest ważna, bo od niej zależy, co to znaczy „być kapłanem na wzór Melchizedeka”, i na czym polega przeciwstawienie, o którym mowa w Hbr 7, 11:

„Gdyby więc doskonałość została osiągnięta przez kapłaństwo lewickie, lud bowiem otrzymał Prawo, oparte na nim, to po co było potrzeba ustanawiać jeszcze innego kapłana na wzór Melchizedeka, a nie na wzór Aarona?”

Co to znaczy, że Jezus jest kapłanem na wzór Melchizedeka? Na czym polega różnica pomiędzy kapłaństwem na wzór Melchizedeka, a kapłaństwem na wzór Aarona? Niektórzy komentatorzy odwołują się do poniższego wersetu:

„Bez ojca, bez matki, bez rodowodu, nie ma ani początku dni, ani też końca życia, upodobniony zaś do Syna Bożego, pozostaje kapłanem na zawsze”. (Hbr 7, 3 BT)

Mój adwersarz „Rabarbar” przytoczył wypowiedź św. Augustyna komentującego powyższy werset:

„’Z Ojca, bez matki, z matki, bez ojca, bez matki Bóg, bez ojca człowiek, bez matki przed czasami, bez ojca przy końcu czasów’ (Augustyn, Homilie na ewangelię i I List Jana)”. Na pewno interpretacja Doktora Kościoła jest nie tylko poprawna, ale co więcej, bardzo interesująca. Ale na pewno nie wyczerpuje całej głębi biblijnego wersetu. Na pewno nie jest w jego wypowiedzi decydujące to, że nie znamy ani ojca, ani matki Melchizedeka; że nie znamy jego rodowodu, daty urodziny i śmierci Melchizedeka. Bo gdyby tak było, to równie dobrze można by było powiedzieć, że Jezus jest „kapłanem na wzór Jetry”, bo przecież także nie znamy ani jego ojca, ani jego matki, nie znamy jego rodowodu, nie wiemy, kiedy się urodził, ani kiedy umarł.  Czy to wystarczy, aby nazwać Jezusa kapłanem na wzór Jetry? Nie, bo w określeniu „na wzór Melchizedeka” chodzi o coś więcej, niż tylko o fakt, że nie znamy tych danych.

Autor natchniony przeciwstawia dwa porządki kapłaństwa: Jezus nie jest kapłanem na wzór Aarona, a jest kapłanem na wzór Melchizedeka. I żeby zrozumieć wymowę tego zestawienia, musimy pokazać różnice pomiędzy kapłaństwem Aaronowym, a kapłaństwem Melchizedeka. „Bez ojca, bez matki, bez rodowodu, nie ma ani początku dni, ani też końca życia…” odnosi się do kapłaństwa Melchizedeka przeciwstawionemu kapłaństwu lewickiemu. Bo kapłani lewiccy, aby móc sprawować funkcje kapłańskie, musieli wykazać się odpowiednim rodowodem: ich przodkowie musieli nie tylko należeć do pokolenia Lewiego, ale także wywodzić się od Aarona. Jeśli nie mogli tego udowodnić, byli wykluczani z urzędu kapłaństwa jako „nieczyści”, czego przykład możemy znaleźć w Księdze Ezdrasza: 

„A oto ci, którzy wyszli z Tel-Melach, Tel-Charsza, Kerub, Addan, Immer, lecz nie mogli udowodnić, że ród ich i pochodzenie wywodzi się z Izraela: synów Delajasza, synów Tobiasza, synów Nekody - sześciuset pięćdziesięciu dwu. A z kapłanów: synowie Chobajasza, synowie Hakkosa, synowie Barzillaja, który wziął za żonę jedną z córek Barzillaja Gileadyty i przybrał jego imię. Ci szukali swego rodowodu, lecz go nie odnaleziono: toteż zostali oni jako nieczyści wykluczeni z kapłaństwa” (Ezd 2, 59-62 BT).

Ponadto trzeba wiedzieć, że lewici mogli sprawować swój urząd tylko przez określony okres: począwszy od trzydziestego, aż do skończenia pięćdziesiątego roku życia (Lb 4, 3.23.30.39.43.47). Takim ograniczeniom nie podlegało kapłaństwo pierworodnych, czyli kapłaństwo na wzór Melchizedeka. Melchizedek nie musiał wykazywać się rodowodem kapłańskim; jego kapłaństwo nie kończyło się wraz z pięćdziesiątym rokiem życia. A trzeba wspomnieć, że żył bardzo długo, bo według Księgi Rodzaju 600 lat, i chociaż urodził się przed potopem, to jednak przeżył Abrahama – swojego prapraprapraprapraprawnuka,  o 35 lat!

Teraz trzeba, abyśmy odpowiedzieli na pytanie o źródło kapłaństwa Sema/Melchizedeka. W “The Anchor Yale Bible Dictionary” czytamy:

„Sem jest wywyższony na wiele sposobów: to on właśnie był inicjatorem przykrycia nagości ojca i dlatego otrzymał obfitsze błogosławieństwo niż jego brat Jafet; Sem otrzymał ozdobny tallit na okrycie, a jego namiot stał się mieszkaniem Szekiny (tzn. Jerozolima; b. Yoma 10a; Gen. Rab. 26:3; 36:6, 8); jego dziedzictwem stała się środkowa część ziemi obejmująca ziemię Izraela (b. Sanh. 91a; Midr. Haggadol Gen 9:27; Gen. Rab. 1:2; Pirqe R. El. 24); jest jedną z ośmiu sprawieldiwych osób, które żyły w swoim czasie i ma swój udział w przyszłym świecie (Midr. Haggadol Gen 9:18; 11:10; Tanhuma Yelammedenu, Noah; b. Sanh. 69b); urodził się obrzezany (Gen. Rab. 26:3; ʾAbot R. Nat 2); był prorokiem przez okres czterystu lat i kapłanem par excellence. Po swoim ojcu, Noem, odziedziczył kapłańską szatę, należącą wcześniej do Adama. Po wyjściu z arki Sem w imieniu ojca wypełnił kapłańskie obowiązki złożenia Bogu ofiary (por. Rdz 8, 20), ponieważ ten w arce został poturbowany przez lwa i przez to stał się niezdolny, aby uczynić to osobiście (Gen. Rab. 30:6)”. (Isaac, E. (1992). Shem (Person). In (D. N. Freedman, Ed.) “The Anchor Yale Bible Dictionary”. New York: Doubleday.)

Hasło w “The Anchor Yale Bible Dictionary” zawiera streszczenie pozabiblijnej tradycji żydowskiej. Nawet ci z rabinów, którzy może niekoniecznie utożsamiali Sema z Melchizedekiem, widzieli w nim kapłana par excellence. Ale co ważniejsze, interesujące jest uzasadnienie jego kapłaństwa: jest to kapłaństwo pierworodnych, należące wcześniej do Adama i za pośrednictwem przodków odziedziczone po nim, czego symbolem była kapłańska szata przekazywana z pokolenia na pokolenie. I tu dochodzimy do konkluzji: Jezus jest Kapłanem na wzór Melchizedeka, bo jest Pierworodnym Synem Boga. Ale nie mógłby być Kapłanem i jednocześnie Ofiarą, jeśli nie byłby także człowiekiem. Dlatego swoje znaczenie ma fakt, że narodził się z Maryi oraz Jego genealogie podające imiona Jego przodków według ciała, potwierdzające prawdziwość Jego człowieczeństwa. I właśnie dlatego, że jest Pierworodnym Synem Bożym i Pierworodnym wobec całego stworzenia (Kol 1, 15), Jezus jest Kapłanem na wzór Melchizedeka, Kapłanem par excellence.

sobota, 1 lutego 2014

Scott Hahn o ofiarowaniu Pana Jezusa w świątyni

Możemy zauważyć, że w opowiadaniu o ofiarowaniu Jezusa w świątyni (Łk 2, 22-38) jest On przedstawiony jako pierworodny Izraelita, któremu w naturalny sposób przysługuje status kapłaństwa. Większość komentatorów zauważa, że przy dokładnym odczytaniu Łukaszowa narracja jest dosyć dziwna. Łukasz opisuje Jezusa, który jest ofiarowany czy też przedstawiony w świątyni dla wypełnienia Prawa. Jednakże Prawo nie wymagało przedstawienia każdego pierworodnego. Wj 13, 13 wymagał od wszystkich pierworodnych potomków płci męskiej, żeby zostali wykupieni, podobnie jak stosowało się to do potomków nieczystego osła. Jednakże Łukaszowy cytat odnoszący się do pierworodnych (2, 23) nie został zapożyczony z Wj 13, 13, ale z Wj 13, 1-2, gdzie mowa jest nie o wykupieniu pierworodnych, ale o ich poświęceniu PANU. Ponadto Łukasz nie wspomina rytuału wykupienia Jezusa. C. H. Talbert zwięźle opisuje tę sytuację:

Przepis Wj 13, 2 odnoszący się do pierworodnych synów został co do litery wypełniony w przypadku Jezusa, pierworodnego (Łk 2, 7), który nie został wykupiony (Wj 13, 13; Lb 3, 47; 18, 16). W przeciwieństwie do normalnego zwyczaju Jezus został poświęcony Bogu i stał Jego własnością… Najbliższą paralelę do tej sytuacji możemy znaleźć w 1 Sm 1-2, gdzie Anna przy narodzeniu Samuela oddaje go Bogu na cały czas jego życia… Jeśli Jezus w podobny sposób został poświęcony Bogu i nie wykupiony, należał do Boga na zawsze. To wyjaśniałoby powód, dlaczego Jezus dziwił się pytaniu rodziców, którzy nie wiedzieli, gdzie Go szukać (2, 48-49): ponieważ należał do Boga, można było oczekiwać, że znajdował się w domu Ojca, podobnie jak Samuel. (Hahn, S. W. (2009). “Kinship by covenant: a canonical approach to the fulfillment of God’s saving promises” (pp. 171–172). New Haven;  London: Yale University Press.)


PS. Polecam do tego tematu rozważanie biblijne Michała Wilka na dzisiejszy dzień: http://www.biblia-orygenes.org/2014/02/niedziela-2-lutego-2014-video-komentarz.html

sobota, 11 stycznia 2014

Mówić w świeży sposób o Jezusie

Było to dziesięć, a może piętnaście lat temu. Znajoma Niemka powiedziała mi o kapłanie, który przyjeżdżał do ich miasteczka: „Mówi w świeży sposób o Jezusie”. Mimo, iż od tej rozmowy minęło już tyle czasu, moja pamięć o niej, a szczególnie ta wypowiedziana przez nią opinia o polskim kapłanie, który w czasie wakacji zastępował ich proboszcza, jest wciąż bardzo żywa. Choć nie poznałem tego kapłana osobiście, to od tego czasu to określenie „świeżo” jest dla mnie jedną z największych, jeśli nie największą pochwałą, jaką można wypowiedzieć o czyimś sposobie mówienia o Jezusie. I właśnie ten sposób opisu nasunął mi całkiem spontanicznie w czasie czytania książki „Nawrócona wiedźma” Patrycji Hurlak. Patrycja szczerze opowiada w niej o swoich trudnych przeżyciach, ale przyczynę swojego nawrócenia przypisuje Jezusowi i opowiada o Nim w taki sposób, że widać, iż jest w Nim zakochana. I właśnie stąd bierze się jej „świeżość” mówienia o Nim. I tak odbierana jest nie tylko przez tych, którzy o Jezusie słyszeli od dziecka, jak na przykład ja, ale także przez ludzi, którzy z wiarą nie mieli styczności, o czym świadczy opinia Ilona Łebkowskiej, którą przytaczam na zakończenie tej notatki. I myślę, że to jest największym atutem tej książki. Przeczytałem ją „jednym tchem”. Chciałbym zachęcić do tego innych. Chciałbym, żeby dotarła do jak największej ilości ludzi, szczególnie takich, którzy dzisiaj „stoją po drugiej stronie mocy”. Historia Patrycji to świadectwo, że Pan Bóg nie rezygnuje z nikogo i że nie ma dla Niego sytuacji bez wyjścia. Z Jezusem wszystko jest możliwe!
 
Poniższe fragmenty z książki Patrycji Hurlak pokazują bezpośredni wpływ szatana na pociąg seksualny do osób tej samej płci oraz związek pomiędzy przebaczeniem, a uzdrowieniem.

*****

Ks. Mateusz Czubak: A więc klątwa cały czas siała spustoszenie w waszym życiu?

Patrycja Hurlak: Klątwa działała. Wymyśliłam sobie scenariusz wydarzeń, jednak rzeczywistość wymknęła mi się spod kontroli. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy z tego, że moje problemy z mężczyznami są pokłosiem tej klątwy. Cholernie źle się czułam. Zastanawiałam się nawet, czy nie jestem lesbijką, skoro nie mogę sobie ułożyć życia z żadnym facetem.

Ks. Mateusz Czubak: Szukałaś relacji z kobietami?

Patrycja Hurlak: Miałam kilka przygód z kobietami. Odkąd jednak zostałam zraniona przez dziewczynę z naszego trójkąta, nie byłam w stanie związać się z kolejną. Tamto zranienie było o wiele bardziej bolesne, niż zranienie po rozstaniu z którymkolwiek facetem. Dzisiaj media rozpisują się o tego typu relacjach, ale kilkanaście lat temu trudno było o takim problemie powiedzieć komukolwiek. Nikt nie rozumiał, dlaczego płakałam za koleżanką. Pamiętam, że bardzo się tego wstydziłam. Dopiero po egzorcyzmie straciłam pociąg seksualny do kobiet. (str. 54, podkreślenie P.K.)

***

Ks. Mateusz Czubak: Czy przebaczyłaś już wszystkim, którzy Cię skrzywdzili? Jeśli tak, to co Ci w tym pomogło?

Patrycja Hurlak: Dobre pytanie. (śmiech) Odpowiedziałam na nie z przeogromną pewnością ponad rok temu wspomnianej wcześniej Danusi z Odnowy w Duchu Świętym: „Ależ oczywiście, nie mam żalu do nikogo o nic, wszystkim przebaczyłam”. Ona spojrzała na mnie i dała mi modlitwę przebaczenia ojca Roberta DeGrandis. Początkowo protestowałam, ale później zaczęłam się nią modlić. Pierwszego dnia nic się nie działo. Drugiego dnia zapisałem już pół strony z nazwiskami, imionami lub sytuacjami, w których komuś nie przebaczyłam, a o czym kompletnie zapomniałam. Po trzydziestu dniach, gdy kończyłam modlitwę, miałam zapisanych dwanaście stron. Teraz mogę powiedzieć, że wydaje mi się, że wszystkim przebaczyłam, ale proszę Pana, żeby wskazywał mi obszary schowane w mojej poranionej duszy, które wymagają aktu przebaczenia z mojej strony. Wiem, że  bez łaski Jezusa nie byłabym w stanie wybaczyć nawet małej przykrości, ale dzięki Niemu potrafiłam zdobyć się na ten akt nawet wobec mężczyzny, który uderzył moją głową w ścianę, aby przekonać mnie, że mam ochotę na seks. Tego aktu przebaczenia sama nie mogłabym uczynić.

Ks. Mateusz Czubak: W takich momentach namacalnie możemy doświadczyć, że dla Boga nie ma nic niemożliwego.

Patrycja Hurlak: Oj, tak, Mówiłam już wcześniej, że przestałam tańczyć z powodu kontuzji kolan. Wtedy nie zgodziłam się na operację i żyłam z bólem przez ponad dziesięć lat. Po zakończeniu modlitwy przebaczenia ból całkowicie ustąpił. Pojawił się tylko raz, chwilowo, gdy miałam bardzo dużo złości do nowopoznanej osoby. Szybko się zreflektowałam i aktem woli przebaczyłam jej, choć emocje jeszcze mocno buzowały. Ale ból ustąpił. (str. 116-117)

Opinia z okładki książki:
Kiedy rok temu Patrycja Hurlak pokrótce opowiedziała mi o swoich niezwykłych przeżyciach, gorąco zachęcałam ją do tego, żeby spróbowała przelać je na papier w postaci scenariusza filmowego. Zamiast scenariusza, dostajemy do ręki, póki co, niezwykły wywiad, świadectwo życia religijnego nawrócenia. Książkę przeczytałam z dużym zainteresowaniem, paradoksalnie tym większym, że sama jestem daleko do spraw wiary, a nawet, co jest rzadkością w moim pokoleniu, nie jestem ochrzczona. Ale opowieść Patrycji Hurlak, choć jest dla mnie przez to niejako egzotyczna, zrobiła na mnie duże wrażenie. Przede wszystkim Patrycja jest w niej szczera w przyznaniu się do tego, co w swoim życiu uznaje za złe, jak i w opisie trudnej drogi, na końcu której jest ona dzisiejsza, głęboko wierząca i żyjąca w zgodzie z wyznawaną wiarą i jej zasadami. Rzadko kogo stać na tak szczere opowiedzenie o sobie, o sprawach tak intymnych i trudnych.
Ilona Łebkowska
producentka i scenarzystka filmowa i telewizyjna

*****

Za pozwolenie na publikację wybranych fragmentów książki serdecznie dziękuję dyrektorowi Wydawnictwa Diecezji Siedleckiej „Unitas”, ks. dr Markowi Paluszkiewiczowi. ( http://www.wydawnictwo-unitas.pl/node/94 )

czwartek, 9 stycznia 2014

Od magii do Jezusa, albo Patronowie drogi

Niedawno na blogosferze Frondy i gdzie indziej w internecie pojawiła się dyskusja na temat tradycji zapisywania trzech liter nad drzwiami domów (K + M + B czy też C + M + B?) oraz ich znaczenia. Odnoszę jednak wrażenie, że w cieniu tej branej przez jej uczestników bardziej lub mniej poważnie dyskusji umyka uwadze wielu pewien szczegół, który jak sądzę, ma o wiele większe znaczenie, i tak naprawdę ma posmak skandalu. A jeśli tak nie jest, to tylko dlatego, że oswoiliśmy się z myślą o Trzech Królach – Mędrcach ze Wschodu oddających pokłon Dziecięciu. I same już te określenia „Mędrcy” czy „Królowie” świadczą o oswajaniu skandalicznego określenia pojawiającego się w Ewangelii – „magoi” – „magowie”, które zostało oddane na innych miejscach Biblii Tysiąclecia przez słowo „wróżbita” (Dn 5, 11) lub „mag” (Dz 13, 6). Samo to zestawienie mówi za siebie, wziąwszy pod uwagę fakt, jak surowa ocena Biblii towarzyszy tym wszystkim, do których to określenie się odnosi. (Zastanawiam się, z kim musiałby się spotkać Ojciec św. Franciszek, żeby stać się sprawcą porównywalnego skandalu.)

Od samego początku staje się widoczne, że Jezus przyszedł nie tak bardzo do sprawiedliwych, ale przede wszystkim do grzeszników, do tych, którzy byli z daleka od Boga. Od samego początku – to znaczy od dnia narodzin. Pasterze są pierwszymi, którzy zostali wezwani, aby przyjść do Niego. W społeczeństwie byli pogardzani, uważani za nieczystych, niegodnych zaufania i wiary, tak że ich świadectwo nie miało w sądzie żadnego znaczenia. A jednak to właśnie im jako pierwszym Pan Bóg pokazał drogę do swojego Syna. W przypadku magów ta boska logika idzie nawet jeszcze dalej. Bo o ile pasterze byli ogólnie pogardzani, to jednak w Biblii nie znajdziemy takiej negatywnej oceny. Sam Pan nazwie się Dobrym Pasterzem. Czy może być natomiast dobry mag? A jednak to właśnie oni jako pierwsi z pogan przez światło gwiazdy zostali doprowadzeni do Dziecięcia.

Jedną z przyczyn, że pokłonu magów nie odczytujemy jako skandal jest fakt, że został uświęcony przez długoletnią tradycję. Nie bez znaczenia jest także to, że w liturgii mszalnej tego święta słyszymy w kościele fragment drugiego rozdziału Ewangelii według św. Mateusza, gdzie słowo „magoi” zostało przetłumaczone „Mędrcy”. Ma to swoje racje. Emerytowany Ojciec św. Benedykt XVI pisze w książce „Jezus z Nazaretu. Prolog” o znaczeniach tego słowa. Z jednej strony pod pojęciem „magowie” rozumiano przedstawicieli perskiej kasty kapłańskiej. W greckiej kulturze uważani byli za tworzących swoistą religię, na których religijne poglądy silny wpływ miała filozofia. Z tego powodu greckich filozofów uważano za ich uczniów.  Z drugiej strony „magowie” byli posiadaczami nadnaturalnej wiedzy i zdolności podobnie jak czarownicy, byli oszustami i zwodzicielami. W Dziejach Apostolskich mamy do czynienia z tym drugim znaczeniem tego pojęcia: św. Paweł upomina surowo maga o imieniu Bar-Jezus[1], który mimo iż przyjął wiarę w Chrystusa i został ochrzczony, to jednak nie wyrzekł się magicznego myślenia. Apostoł nazywa go: „synem diabelskim, pełnym wszelkiej zdrady i wszelkiej przewrotności, wrogiem wszelkiej sprawiedliwości” i za karę czy dla przestrogi poraża go ślepotą (Dz 13, 10n).

Ojciec św. Benedykt XVI uważa, że dla magów z drugiego rozdziału Ewangelii według św. Mateusza stosuje się pierwsze znaczenie tego słowa.  Nawet, jeśli być może nie byli perskimi kapłanami, to z pewnością posiadali pewną religijną i filozoficzną wiedzę. Chociaż ich poznanie było tylko szczątkowe, a jednak wystarczyło, aby doprowadzić ich do Jerozolimy. I tu spotykamy się z ironią. Jerozolimy jest religijną stolicą narodu wybranego. Jest tu świątynia, kult, arcykapłani, uczeni w Piśmie, pełnia Objawienia, jakie wtedy było dostępne. Zewnętrznie byli otoczeni światłem, a jednak nie tylko nie trafili Jezus jako pierwsi, ale co gorsze, wiele z nich nie trafiło do Niego w ogóle, ani wtedy, ani później.  Jest to dla nas, katolików, ostrzeżenie, żeby nie patrzeć z góry, a już broń Boże, z pogardą na tych, którzy nie mają pełni Objawienia. Bo może się zdarzyć, że inni mając tylko odrobinę światła, pierwsi trafią do Pana.

Pobożność ludowa nazywa święto Objawienia świętem Trzech Króli. Według tradycji nie tylko przyjęli chrzest, ale także zostali wyświęceni na biskupów i ponieśli męczeńską śmierć dla Chrystusa. Oczywiście, Ewangelia nie wspomina o tym, co stało się z nimi po powrocie do ich ojczyzny. Jednak zawiera przynajmniej aluzję do przyjęcia przez nich chrześcijaństwa. Nie chodzi tylko o pokłon, który złożyli Dziecięciu, ale także o stwierdzenie św. Mateusza: „A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny” (Mt 2, 12). W Nowym Testamencie słowo „droga” znaczy nie tylko miejsce do przemieszczania się. Drogą jest także przyjęcie wiary w Chrystusa i jej wyznawanie (por. Dz 16, 17; 18, 25). Jako pierwsi z pogan przyszli do Jezusa. Ich przyjście to znak otwartości na spotkanie, które odmieniło ich życie. Jak było pięknie, gdyby każde nasze spotkanie z Panem w Eucharystii odmieniało nas wewnętrznie tak, jak miało to miejsce z trzema Mędrcami.
 



Ich relikwie znajdują się w katedrze w Kolonii w pięknym relikwiarzu za głównym ołtarzem. I to miejsce było świadkiem, o ile tak możemy powiedzieć, innej ironii, współczesnej, z ostatnich dni. Jest to ten sam ołtarz, na który w czasie ostatniego Bożego Narodzenia wyszła aktywistka Femenu. Wierzący w katedrze, a także w pewnym sensie także sami Trzech Mędrcy, stali się świadkami zachowania stanowiącego przeciwieństwo tego opisanego na kartach Ewangelii. Trzej Królowie padają na twarz przed Bogiem w postaci Niemowlęcia, które w Jezusie stało się Ciałem, natomiast Josephina Witt wyszła ołtarz, gdzie Bóg staje się Ciałem w postaciach chleba i wina. Gest wyjścia na miejsce zarezerwowane dla Boga oraz napis na jej nagich piersiach („I AM GOD”) stanowi symboliczny akt zajęcia miejsca Boga. Ale nie tylko ten moment, ale cała dotychczasowa droga życia Josephiny Witt stanowi dokładne przeciwieństwo drogi trzech Magów[2]. Oni, poganie, parający się może nawet tajemną wiedzą, zmieniają życie, stają się nowymi ludźmi, przyjmują wiarę w Jezusa, i nawet za nią oddają życie. Jej dotychczasowa droga, bo nie chcemy wykluczyć możliwości przyszłego nawrócenia, jest dokładnym odwróceniem drogi trzech Mędrców.

Zgodnie ze słowami Jezusa, przed nami są dwie drogi: jedna szeroka i wygodna prowadząca na potępienie, druga wąska i stroma, ale prowadząca do zbawienia. Wybór należy do nas. Trzech Mędrców to patronowie tej drugiej drogi, prowadzącej do Jezusa.


[1] “Bar-Jezus” oznacza: “syn Jezusa”.
[2] Niektórzy sądzą, że prawdziwe nazwisko Josephiny Witt to Maria Magdalena Maier, dziewczyna, która była ochrzczona i przyjęła bierzmowanie. A dzisiaj… protestuje przeciwko czemuś, w co kiedyś wierzyła. („…ich vermute: In Wirklichkeit heißt sie Maria Magdalena Maier und ist getauft und gläubig zur Firmung gegangen. In Altötting. Hat sich in ihren Beichtvater verliebt. Weil der standhaft blieb, wurde sie das, was sie ist: Eine Feme“. http://femen.de/deutsche-fordern-haertere-strafen-gegen-femen-273/ )

czwartek, 19 grudnia 2013

Papież czasów ostatecznych?

Marcin Luter widział Antychrysta w papieżu. Dzisiaj, prawie 500 lat później, wielu katolików widzi w obecnym Ojcu św. Franciszku rysy Antychrysta. I nawet, jeśli nie mówią czy nie piszą o tym wprost i otwarcie, jak czynił to Luter, to wielu z nich zadaje sobie pytanie: Czy Piotr jest na pewno Piotrem? Ironia polega na tym, że nie chodzi tu o domagających się dopuszczenia kobiet do święceń, Komunii św. dla rozwiedzionych, uznania związków homoseksualnych itp., ale o konserwatywnych katolików zadających sobie pytanie: „Kim jest papież Franciszek”?

*****

„Jaki będzie antypapież przyszłości?”[1] – pyta red. Tomasz Rowiński. Na początku artykułu autor przytacza fragment swojej rozmowy ze specjalistą od public relations, który mówi o tym, że obecny papież, jak żaden wcześniejszy, traktowany jest przez media jako „wydarzenie”. I następnie formułuje swoją tezę, do której odniosę się w dalszej części tego tekstu: „Jeśli Papież całkowicie by był ‘wydarzeniem’ i mówi to specjalista od mediów, trzeba zapytać, na ile i czy w ogóle byłby jeszcze Papieżem?”. I według autora nie chodzi tu tylko o sposób przedstawiania Ojca św. przez media, ale także o niego samego, bo według redaktora także on jest „słabą stroną tego komunikacyjnego układu”. Powoduje to „rozczarowanie wiernych, którzy mają wrażenie, że Piotrem nie jest Piotrem”[2], jak napisał gdzie indziej. W konkluzji zaś pisze o nim: „On sam być może nie jest w stanie dokonać koniecznych rozróżnień i prowadzi wielu, przekonując, że możliwa jest nadprzyrodzoność Kościoła bez uszanowania natury człowieka, bez widzialnych punktów odniesienia naszej wspólnoty”. Nie wiem, na jakiej podstawie redaktor Rowiński wydaje taką opinię o Ojcu św. Franciszku, która w najlepszym wypadku jest przypisaniem mu braku kompetencji.
Ale wróćmy do komentarza wypowiedzi specjalisty od PR: „Jeśli Papież całkowicie by był ‘wydarzeniem’ i mówi to specjalista od mediów, trzeba zapytać, na ile i czy w ogóle byłby jeszcze Papieżem?”. Wszystko wskazuje na to, że ta intuicja idzie w dobrym kierunku.  Podobną intuicję o przyszłym Antychryście miał Włodzimierz Sołowjow. W setną rocznicę jego śmierci bł. Jan Paweł II nazwał go „wybitnym Rosjaninem, człowiekiem o wielkiej głębi”. I właśnie ten wybitny rosyjski filozof napisał „Krótkie opowiadanie o Antychryście”. Jakże prorocze były jego słowa napisane w 1900 roku, kilka miesięcy przed śmiercią: „W wieku XXI przedstawia Europa unię państw mniej lub więcej demokratycznych: Stany Zjednoczone Europy”. Jednak bardziej niż wypełnienie się tych czy innych słów, na uwagę zasługują jego genialne intuicje odnośnie przyszłego świata i tytułowej postaci Antychrysta. Są one oparte na głębokiej znajomości Pisma św. Pewnie dlatego do „Krótkiej opowieści o Antychryście” odwołał się kilkakrotnie w swojej książce „Jezus z Nazaretu” emerytowany papież Benedykt XVI.[3] Poniżej dłuższy (bo myślę, że warto) cytat z dzieła Sołowjowa, zawierający opis reakcji opinii publicznej po wydaniu przez Antychrysta książki: „Otwarta droga do powszechnego pokoju i pomyślności”:

„Poprzednie utwory i poczynania społeczne nadczłowieka znajdowały surowych krytyków, którzy zresztą byli w większości ludźmi szczególnie religijnymi i dlatego pozbawionymi wszelkiego autorytetu – mówię przecież o czasie przyjścia Antychrysta – tak że niewielu tylko ich słuchało, kiedy wskazywali oni we wszystkim, co pisał i mówił ‘przyszły człowiek’ znamiona zupełnie wyjątkowej, stężonej ambicji i pychy, braku prawdziwej prostoty szczerości i ciepła uczuć.
Ale swoim nowym dziełem zjednuje on sobie nawet niektórych spośród swoich dawnych krytyków i przeciwników. Utwór ten, napisany po wydarzeniu na urwisku, ujawnia w nim niespotykaną dotąd siłę geniuszu. Jest to coś wszechogarniającego i godzącego wszystkie sprzeczności. Łączą się tu szlachetny szacunek dla dawnych tradycji i symbolów z szerokim i śmiałym radykalizmem społeczno-politycznych postulatów i wskazań, nieograniczona wolność myśli z najgłębszym zrozumieniem dla wszelkiej mistyki, absolutny indywidualizm z gorącym oddaniem dobru wspólnemu, najwznioślejszy idealizm zasad przewodnich z pełną życiową konkretnością praktycznych rozwiązań. Wszystko to zaś jest połączone i powiązane ze sobą w sposób tak genialnie mistrzowski, że każdy jednostronny myśliciel czy działacz łatwo widzi i przyjmuje całość swoim indywidualnym aktualnym kątem widzenia, nie poświęcając niczego dla samej prawdy, nie wznosząc się dla niej ponad swoje ja, ani trochę nie rezygnując w istocie rzeczy ze swojej jednostronności, w niczym nic korygując błędności swoich poglądów i dążeń, niczym nie uzupełniając ich braków.
To zadziwiające dzieło zostaje natychmiast przełożone na języki wszystkich oświeconych i niektórych nieoświeconych narodów. Tysiące pism we wszystkich częściach świata przez cały rok pełne są reklam wydawniczych i zachwytów krytyki. Tanie edycje z portretami autora rozchodzą się w milionach egzemplarzy i cały kulturalny świat – a w owym czasie znaczy to niemal tyle co cała kula ziemska – pełen jest sławy tego niezrównanego, wielkiego, jedynego!”[4]

Chociaż autor nie używa tu tego wyrażenia, bo pewnie w jego czasach było nieznane, to w opisie reakcji opinii publicznej na książkę Antychrysta można łatwo rozpoznać „wydarzenie medialne” o światowym zasięgu. Właśnie to „światowe wydarzenie medialne” staje się początkiem jego błyskawicznej kariery, bo bardzo szybko zostaje mu oddana władza najpierw nad Unią Europejską, a trochę później nad całą zjednoczoną pod jego berłem kulą ziemską. Sukces medialny jest początkiem jego wyniesienia. W pewnym sensie zatem obawa red. Rowińskiego dopatrującego się w Ojcu św. „wydarzenia” jest uzasadniona. A jednak, ani wydarzenie medialne, jakim staje się książka owego „człowieka przyszłości”, ani nawet jego władza absolutna nad całym globem nie są złe same w sobie. Zło leży gdzieś indziej, to znaczy w jego wnętrzu.

Już na początku swej książki Sołowjow tak charakteryzuje „człowieka przyszłości”: Wierzył „w dobro, Boga, Mesjasza”, ale przy tym „kochał tylko siebie samego. Wierzył w Boga, ale w głębi duszy mimo woli i instynktownie dawał pierwszeństwo przed Nim sobie”. Antychryst zgodnie z etymologią tego słowa to ten, który chce zająć miejsce Chrystusa. To, co na początku było obecne tylko w sercu owego „nadczłowieka”, z czasem ujawni się także na zewnątrz. Już jako jedyny i niepodzielny władca ogłosi sobór powszechny, na który zostaną zaproszeni katolicy, prawosławni oraz protestanci. Do katolików odezwie się w ten sposób:

„Najmilsi chrześcijanie! Wiem, że dla wielu i nie najpośledniejszych spośród was najdroższy w chrześcijaństwie jest ten autorytet duchowy, jakiego udziela ono swoim prawowitym przedstawicielom – oczywiście nie dla ich własnej korzyści, lecz dla wspólnego dobra, ponieważ na autorytecie tym opiera się należyty porządek duchowy i konieczna wszystkim dyscyplina moralna. Najmilsi bracia katolicy! O, jakże rozumiem wasze spojrzenie i jakże chciałbym oprzeć swoje imperium na autorytecie waszego duchowego przywódcy! Abyście nie myśleli, że to pochlebstwo i czcze słowa, uroczyście ogłaszam moją samowładną wolę: najwyższy biskup wszystkich katolików, papież rzymski, zostaje od tej chwili przywrócony na swoją stolicę w Rzymie ze wszystkimi prawami i przywilejami tej godności i urzędu, jakie kiedykolwiek były mu nadane przez naszych poprzedników, poczynając od cesarza Konstantyna Wielkiego. Od was zaś, bracia katolicy, chce za to tylko szczerego, z serca płynącego uznania we mnie waszego jedynego obrońcy i orędownika. Kto z was w swoim sumieniu i odczuciu uznaje mnie za takiego, niechaj przyjdzie tu do mnie”. (podkreślenie moje: PK).

A do prawosławnych przemówi w ten sposób: „Najmilsi bracia! Wiem, że są wśród was również tacy, dla których w chrześcijaństwie najdroższa jest jego święta tradycja, stare symbole, dawne pieśni i modlitwy, ikony i rytuał służby Bożej. Bo i w rzeczy samej: cóż może być dla religijnej duszy droższe od tego? Wiedzcie zatem, umiłowani, że w dniu dzisiejszym podpisałem statut i przeznaczyłem sowite środki dla powszechnego muzeum archeologii chrześcijańskiej w znakomitym mieście naszego imperium, Konstantynopolu, w celu zbierania, badania i przechowywania wszelkich zabytków przeszłości Kościoła, zwłaszcza wschodniego. Was zaś proszę, abyście jutro wybrali spośród siebie komisję, która omówi ze mną kroki, jakie należy podjąć dla ewentualnego zbliżenia współczesnego sposobu życia, zwyczajów i obyczajów, do tradycji i przepisów świętego Kościoła prawosławnego. Bracia prawosławni! Komu miła jest ta moja wola, kto z głębi serca może nazwać mnie swoim prawdziwym władcą i panem, niechaj przyjdzie tutaj”.

A do protestantów: „A dzisiaj, jednocześnie z erekcją muzeum chrześcijańskiej archeologii, podpisałem akt założenia światowego instytutu dla wolnych badań – nad Pismem Świętym we wszelkich możliwych aspektach i we – wszystkich możliwych kierunkach oraz dla studiów z dziedziny wszystkich nauk pomocniczych – z rocznym budżetem w wysokości półtora miliona marek. Komu z was miła taka moja skłonność i kto może czystym sercem uznać mnie za swojego najwyższego wodza, proszę tutaj, do nowego doktora teologii”.

I będzie katolików, prawosławnych i protestantów opuści szeregi chrześcijan i przejdzie do obozu Antychrysta. W imieniu tych, którzy pozostaną przemówi starzec Jan, przedstawiciel prawosławnych: „Miłościwy panie! Najdroższy jest dla nas w chrześcijaństwie sam Chrystus – On sam i wszystko, co od Niego, wiemy bowiem, że w Nim zamieszkuje cieleśnie cała pełnia Bóstwa. Ale i od ciebie, panie, gotowi jesteśmy przyjąć wszelkie dobro, jeśli tylko w szczodrej twej dłoni rozpoznamy świętą dłoń Chrystusa. I na pytanie twoje, co możesz dla nas uczynić, taka jest oto nasza prosta odpowiedź: wyznaj tutaj, teraz, przed nami Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, który przyszedł w cielesnej postaci, zmartwychwstał i ponownie przyjdzie – wyznaj Go, a my z miłością przyjmiemy cię jako prawdziwego zwiastuna Jego drugiego przyjścia w chwale”. Antychryst tego nie uczyni.
I tu jest sedno problemu. Tym problemem nie jest fakt, że stał się (czy raczej: stanie) wydarzeniem medialnym, nie to, że zdobył absolutną władzę nad całą ziemią, ale istniejące w jego sercu zaburzenie porządku miłości, które można uogólnić: Jeśli ktoś kocha bardziej siebie niż Boga, jest w gruncie rzeczy antychrystem. Zło Antychrysta nie polega na tym, że stanie się wydarzeniem (medialnym), ale przede wszystkim na tym, że sam zechce stać się Wydarzeniem per excellence, czyli będzie usiłował zająć miejsce Tego, który jest Wydarzeniem; nie tylko, że nie zechce Mu oddać należnej czci, ale co więcej – tej boskiej czci zażąda dla siebie. Tak, chrześcijaństwo wierzy w Wydarzenie, a tym Wydarzeniem jest Osoba Jezusa Chrystusa.[5] I jak długo jakieś wydarzenie wskazuje na Wydarzenie, wszystko jest w porządku. „Nie sądźcie z zewnętrznych pozorów, ale wydajcie wyrok sprawiedliwy”. (J 7, 24 BT)

*****

«Z kim więc mam porównać ludzi tego pokolenia? Do kogo są podobni? Podobni są do dzieci, które przebywają na rynku i głośno przymawiają jedne drugim: "Przygrywaliśmy wam, a nie tańczyliście; biadaliśmy, a wyście nie płakali". Przyszedł bowiem Jan Chrzciciel: nie jadł chleba i nie pił wina; a wy mówicie: "Zły duch go opętał". Przyszedł Syn Człowieczy: je i pije; a wy mówicie: "Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników". A jednak wszystkie dzieci mądrości przyznały jej słuszność». (Łk 7, 31-35 BT)


[5] “Jean Daniélou in particular has shown this fact with great emphasis, stressing again and again that Christianity ‘is essentially faith in an event’, whereas the great non-Christian religions maintain the existence of an eternal world ‘that stands in opposition to the world of time. The fact of the eternal breaking into time, which gives it duration and turns it into history, is unknown to them.’” (Ratzinger, J. (2004). “Truth and Tolerance: Christian Belief and World Religions”. (H. Taylor, Trans.) (p. 40). San Francisco: Ignatius Press.). Por. Benedykt XVI, “Jezus z Nazaretu”, tom II, str. 61: “Dawne apokaliptyczne słowa otrzymują centrum osobowe: w ich rdzeń wchodzi sama Osoba Jezusa, w której aktualnie przeżywana teraźniejszość zespala się wewnętrznie z tajemniczą przyszłością. Właściwym ‘wydarzeniem’ jest ta Osoba; w Niej – pomimo przemijania czasu – teraźniejszość rzeczywiście trwa nieprzerwanie”.